Większość badań kończy się dziś na jakiejś formie publikacji i samo w sobie nie jest to nic złego. W gruncie rzeczy wciąż nie wymyśliliśmy lepszego sposobu na domknięcie procesu tworzenia nowej wiedzy niż właśnie publikacja naukowa — moment, w którym trzeba uporządkować ustalenia, zebrać je w całość i przedstawić je w możliwie komunikatywny sposób.
Warto jednak pamiętać, że badania mają różne etapy i różne cele. W języku polskim mówimy o badaniach podstawowych, ale angielskie określenie fundamental research bardzo dobrze pokazuje ich rolę — są fundamentem dla wszystkiego, co może wydarzyć się później. Bez badań fundamentalnych nie byłoby żadnych wdrożeń.
Problem nie polega więc na tym, że badania kończą się publikacją. Kluczowe jest raczej to, czy tworzymy warunki, w których wiedza może później zostać zaadaptowana do konkretnych wyzwań społecznych, technologicznych czy gospodarczych.
Dziś żyjemy pod coraz większą presją związaną m.in. ze zmianami klimatu, geopolityką czy zmianami demograficznymi. Musimy bardzo szybko adaptować złożone systemy społeczne i organizacyjne. A żeby było to możliwe, potrzebne jest lepsze połączenie między naukowcami, którzy mogą proponować rozwiązania, a organizacjami i społecznościami, które mierzą się z realnymi problemami.
I właśnie to połączenie jest dziś jedną z największych systemowych słabości. Między innymi nad budowaniem takich mostów pracujemy w Centrum Transferu Technologii Uniwersytetu Łódzkiego.
Optymalna sytuacja jest wtedy, gdy impulsem do rozpoczęcia badań jest konkretna potrzeba. I wbrew pozorom bardzo często właśnie tak się dzieje. Osoby pracujące na uczelniach zwykle nie wybierają tej ścieżki dlatego, że jest łatwa czy szczególnie wygodna. Bardzo często już jako młodzi ludzie widzą obszary, które chcieliby zmienić albo lepiej zrozumieć.
Oczywiście część motywacji ma charakter czysto poznawczy, ale wydaje mi się, że większość naukowców robi to dlatego, że ma poczucie pracy nad czymś ważnym — czymś, co potencjalnie może zmienić świat, nawet jeśli na początku trudno jeszcze dokładnie określić skalę tego wpływu.
Dlatego potencjał wdrożeniowy mogą mieć właściwie wszystkie badania, które rodzą się z próby odpowiedzi na jakąś potrzebę. Problem polega na tym, że naukowcy, rynek i społeczeństwo często patrzą na świat z różnych perspektyw. To, co wydaje się bardzo istotne badaczowi, nie zawsze od razu jest postrzegane jako ważne z punktu widzenia biznesu czy użytkowników.
W praktyce funkcjonują dwa główne modele powstawania innowacji. Pierwszy to market pull — sytuacja, w której rynek lub organizacje zgłaszają konkretne wyzwania i potrzeby. Drugi to technology push — moment, w którym powstaje nowa technologia i dopiero później szukamy dla niej zastosowania.
I właśnie w tym drugim przypadku kluczowe staje się bardzo szybkie zadawanie pytania: „Gdzie to może się realnie przydać?”. Co ważne, najlepiej nie zadawać go wyłącznie sobie, ale możliwie dużej liczbie potencjalnych odbiorców i partnerów.
Jeśli pojawia się nowa technologia albo rozwiązanie, trzeba jak najszybciej zacząć je walidować poprzez rozmowy z potencjalnymi użytkownikami, partnerami czy klientami. To właśnie oni bardzo często pomagają odkryć, gdzie dana wiedza lub technologia może mieć największą wartość — albo pokazują, w jakim kierunku warto ją dalej rozwijać.
W momencie, kiedy zaczynamy widzieć dopasowanie między tym, co wiemy lub potrafimy zrobić, a tym, czego potrzebuje otoczenie, pojawia się pytanie o wybór właściwej ścieżki wdrożenia.
Formalnie ten proces najczęściej sprowadza się do tego, żeby w odpowiedniej formie przekazać komuś prawo do korzystania z technologii lub rozwiązania — komuś, kto ma możliwości, zasoby i kompetencje, żeby dalej je rozwijać, produkować albo dostarczać na rynek.
Największym wyzwaniem nie jest więc sama formalność, ale stworzenie warunków, które pozwolą doprowadzić technologię do momentu realnego wdrożenia. A te warunki są bardzo różne — zależą zarówno od branży, jak i od samych twórców technologii.
W obszarach takich jak farmacja czy biotechnologia proces jest zwykle bardzo długi, kosztowny i obciążony dużym ryzykiem regulacyjnym. Dlatego tam najczęściej kluczowa jest współpraca z dużymi partnerami branżowymi. W innych obszarach — na przykład technologiach środowiskowych — częściej punktem wyjścia są granty typu proof of concept oraz współprace pilotażowe.
Są też sytuacje, w których najlepszą ścieżką okazuje się stworzenie startupu albo spin-offu uniwersyteckiego. Taki model daje dużą samodzielność i możliwość rozwijania technologii własnymi rękami aż do momentu dostarczenia jej odbiorcom końcowym. Jednocześnie wiąże się z ogromną odpowiedzialnością — koniecznością zdobycia kompetencji biznesowych, budowania zespołu czy pozyskiwania finansowania.
Dlatego nie istnieje jedna uniwersalnie najlepsza ścieżka wdrożeniowa. Każda technologia, każda branża i każdy zespół wymagają trochę innego podejścia. Kluczowe jest natomiast to, żeby wybrać drogę, która pozwoli możliwie sprawnie doprowadzić rozwiązanie do momentu, w którym zacznie realnie działać poza uczelnią.
Wybór tej ścieżki jest właśnie jednym z głównych obszarów, w których pomaga Centrum Transferu Technologii Uniwersytetu Łódzkiego.
Naszą rolą jest przede wszystkim pomaganie w spotkaniu świata nauki ze światem biznesu, organizacji i otoczenia społecznego. Pomagamy walidować pomysły i technologie — sprawdzać, czy rzeczywiście odpowiadają na konkretne potrzeby, komu mogą być potrzebne i w jaki sposób mogą dostarczać wartość.
Dlatego warto zgłaszać się do CTT możliwie wcześnie, nawet już na etapie pomysłu na badania albo nowy kierunek badawczy. Jeśli ktoś myśli o tym, że jego praca mogłaby kiedyś prowadzić do wdrożenia, jesteśmy w stanie pomóc zweryfikować, czy to dobry kierunek i jak najlepiej go rozwijać.
Jeśli badania są już bardziej zaawansowane i pojawiają się pierwsze wyniki, wtedy zaczynamy rozmawiać także o ochronie własności intelektualnej. Ale sama ochrona nigdy nie jest celem samym w sobie. Najważniejsze pytanie brzmi: po co chronimy dane rozwiązanie i dla kogo?
Czasem najlepszym rozwiązaniem będzie spin-off. Czasem współpraca z istniejącą firmą. A czasem znalezienie partnera, który jest gotowy finansować dalszy rozwój technologii, bo widzi bardzo konkretną i pilną potrzebę.
Właśnie w tym wszystkim pomagamy — i to jest istota pracy Centrum Transferu Technologii Uniwersytetu Łódzkiego.
Autor: dr Tomasz Ciesielski
